Łęczanie: Paweł Kołacz

Łęczanie i ich potomkowie na świecie. Dokąd zaszli, dlaczego zaszli tak daleko i co teraz robią? Nam opowiedzieli o swoich wyborach i pasjach.

Paweł Kołacz

Miał zaledwie dziesięć lat, gdy rozpoczął budować drzewo genealogiczne swojej rodziny. Pobyty w Łękach Dukielskich – rodzinnej miejscowości rodziców – wykorzystywał między innymi na wertowaniu ksiąg parafialnych, spisywaniu danych z nagrobków. Dzisiaj jest wykształconym historykiem-archiwistą, absolwentem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jego internetowe drzewo genealogiczne zawiera prawie 9 tysięcy nazwisk, a prywatne ponad 11 tysięcy. Niebawem będzie można powiedzieć, że opracował drzewo genealogiczne całych Łęk.

Paweł Kołacz

Panie Pawle, czy Pan wie, że Pan odświeżył moją historyczną pamięć?

To znaczy?

Kiedy natknęłam się na Pana drzewo genealogiczne nie mogłam uwierzyć. Miał Pan w nim wszystkich moich przodków. Czytając ich imiona, daty urodzenia, w mojej głowie nagle zaczęły się mi odtwarzać opowieści mojego taty. Przecież niejednokrotnie te informacje od niego słyszałam, ale nigdy nie przypomniałabym ich sobie bez Pana podpowiedzi.

To bardzo się cieszę. Ale to dlatego, że mamy wspólnych przodków. Z moich dotychczasowych ustaleń wynika, że Pani kilku pradziadków jak i kilka prababek to rodzeństwo moich prapradziadków czy praprababek. Na przykład Pani pradziadek Michał Zborowski to z kolei mój praprapradziadek. Jego dwaj synowie, mój prapradziadek Stanisław i Pani dziadek Antoni, byli dla siebie przyrodnimi braćmi.

Znowu Michał Obora-Zborowski. Poprzednia moja rozmówczyni, Ela Węgrzyn, też jest ze mną spokrewniona właśnie poprzez Michała Zborowskiego. A więc to i Pana krewna. Wygląda na to, że całe Łęki są ze sobą spokrewnione?

Zagłębiając się coraz dalej w przeszłość w moich badaniach genealogicznych doszedłem właśnie do takiego wniosku. Powiązania rodzinne w Łękach Dukielskich są bardzo liczne i złożone.

Ale jak dotąd spotykamy się tylko w wirtualnym świecie, bo wciąż nie udało się nam spotkać osobiście.

Może uda się nam wreszcie spotkać w realnym świecie. Wprawdzie urodziłem się i mieszkam na stałe w Toruniu to mam ogromny sentyment do Łęk Dukielskich, skąd pochodzą moi rodzice. W Łękach mieszka wciąż moja bliska i dalsza rodzina. Przynajmniej raz w roku, latem, przyjeżdżam do Łęk. To tutaj najchętniej i najlepiej wypoczywam, odrywam się na tydzień lub dwa od życia codziennego w mieście.

Paweł Kołacz Myszkowskie2

U dziadków na Myszkowskim. W tle Łęki Dukielskie.

Paweł Kołacz Myszkowskie4

Myszkowskie, 1988 rok. Paweł Kołacz w wieku 4 lat.

Paweł Kołacz Myszkowskie7

Paweł Kołacz z rodzicami na trójkołowcu, z tyłu Zofia – siostra Julianna Fruga.

Kiedy skontaktowałam się z Panem, ja dziękowałam Panu za przywrócenie mojej historycznej pamięci, a Pan wyrażał wdzięczność za to, że jestem, że potwierdzam Pana badania genealogiczne. No cóż, zachował się Pan jak rasowy historyk. A ja uświadomiłam sobie, że dołączyłam do pokolenia, które już musi przekazywać swoją wiedzę kolejnym. Pan mi to bardzo wyraźnie uświadomił, ale i zaraził poszukiwaniami genealogicznymi.

Mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że genealogia rodzinna to moja pasja. Z wykształcenia jestem historykiem – archiwistą. Tytuł magistra uzyskałem w 2008 roku. Bardzo miło mi, że mogłem się przyczynić do odtworzenia Pani wiedzy o krewnych i w ogóle społeczności Łęk Dukielskich i wzbudziłem chęć do jej poszerzenia. Pasjonaci genealogicznych poszukiwań na ogół tacy są: nie tylko szperają w dziejach własnych rodzin, ale i pomagają innym w poszukiwaniu korzeni. Nie jesteśmy znikąd. Dobrze jest wiedzieć, kim byli nasi przodkowie, co robili.

Melchior Wańkowicz mówił, że nie poda ręki temu, kto nie wie, jakie nazwisko miała jego prababka. Niestety, często spotykam ludzi, którzy nic nie wiedzą nawet o swoich dziadkach.

Zdarza się oczywiście, że niektórzy ludzie nie wiedzą nic albo niewiele o dziadkach, nie mówiąc już o pradziadkach. Różne są tego przyczyny. Niekiedy wynika to z nie przywiązywania przez kogoś szczególnej wagi do pielęgnowania pamięci o swoich przodkach. Czasami ktoś z bliskich mógł również nie zdążyć przekazać wiedzy o rodzinie.

Paweł Kołacz Myszkowskie1

Myszkowskie, 1988 rok. Od lewej siedzą: Anna Kołacz z domu Zborowska (mama), Zofia – siostra Julianna Fruga (siostra babci), Agnieszka Jastrzębska z domu Fruga (prababcia), Joanna Zborowska z domu Jastrzębska (babcia) i Paweł Kołacz, poniżej Zofia Jakubczyk z domu Zborowska (ciocia).

Podobno zbierał Pan materiały do swojego drzewa genealogicznego już od dziesiątego roku życia? W tym wieku dzieci rzadko mają takie sprecyzowane zainteresowania? Proszę opowiedzieć, skąd u Pana akurat takie hobby?

Zgadza się, byłem mniej więcej w tym wieku. Zaczęło się to wszystko od przysłuchiwania się różnym historiom rodzinnym i opowieściom o dawnym życiu w Łękach. Pod ich wpływem sam zacząłem dopytywać swoich rodziców i innych krewnych o znane im bliższe i dalsze powiązania rodzinne. Głodny większej wiedzy o przodkach, krewnych, uzupełniałem ją odwiedzając w czasie moich letnich pobytów na Podkarpaciu cmentarze parafialne w Łękach Dukielskich i Kobylanach.

Mówi się, że poszukiwanie przodków swojej własnej rodziny to fascynująca podróż w przeszłość, która może się nigdy nie skończyć. Ma Pan takie właśnie wrażenie?

Dla mnie genealogia jest właśnie taką niekończącą się opowieścią. Wciąż dowiaduję się czegoś więcej, zdobywam kolejne informacje o przodkach, swojej bliskiej i dalekiej rodzinie. Myślę, że nigdy mi się to nie znudzi.

Paweł Kołacz Myszkowskie6

Myszkowskie, 1988 rok. Od lewej stoją: Jan Zborowski (dziadek), Zofia Jakubczyk z domu Zborowska (ciocia), Zofia – siostra Julianna Fruga (siostra babci), Agnieszka Jastrzębska z domu Fruga (prababcia) i Joanna Zborowska z domu Jastrzębska (babcia); poniżej od lewej: Ryszard Kołacz (tata), Paweł Kołacz i Anna Kołacz z domu Zborowska (mama).

Jestem też pod wrażeniem tego, w jaki sposób Pan pyta o tych ludzi, których już dzisiaj nikt w Łękach nie pamięta. Pan im nadaje nowe życie.

Tak, zastanawiam się, czy byli stanu wolnego, bo nigdzie nie odnalazłem ich aktu ślubu. Czy może wyjechali z Łęk, z Polski? Bo nie ma ich aktu zgonu. A może zginęli na wojnie? A potem wpadam na trop, bo okazuje się, że ktoś podał mi przezwisko rodzinne, nawiązujące do tej osoby, albo odnalazł się jej potomek np. w USA, który także odnalazł moje drzewo genealogiczne w sieci.

Dużo miał Pan takich przypadków?

Owszem, gdy pytałem niektórych krewnych o konkretne osoby to niejednokrotnie przezwisko rodzinne okazywało się takim tropem, który ułatwiał dotarcie do informacji o danej osobie i jej najbliższej rodzinie. Oczywiście moje drzewo genealogiczne na jednym z portali internetowych jest rozbudowywane również przez inne osoby, które wyraziły chęć członkostwa w nim. A jeden z moich krewnych z USA odnalazł moje drzewo w sieci i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu skontaktował się ze mną za pośrednictwem portalu.

Proszę opowiedzieć o swoim warsztacie historyka-genealoga. Podobno ma Pan prywatne drzewo genealogiczne. Ma Pan w nim jakieś tajemnice?

Oprócz drzewa internetowego, w którym jest aktualnie prawie dziewięć tysięcy nazwisk, mam również prywatne drzewo genealogiczne, tworzone na własny użytek i z myślą o najbliższych. Nie mam w nim raczej tajemnic. Prowadzę je zdecydowanie dłużej niż moje drzewo internetowe. Zawiera ponad 11 tysięcy nazwisk. Muszę wspomnieć o tym, że spora część informacji, które są w drzewie, nie znalazłaby się w nim, gdyby nie przedwojenne księgi chrztów dla wsi Łęki, dawniej przynależącej do parafii rzymskokatolickiej w Kobylanach. Udostępnił mi je kiedyś ówczesny ksiądz proboszcz parafii rzymskokatolickiej w Łękach Dukielskich. Najstarsza księga sięga końca 1857 roku. I teraz dzielę się tą wiedzą chociażby z Panią. W tychże księgach przy danej osobie, oprócz jej rodziców, wymieniani są też jej dziadkowie z obydwojga stron, a niekiedy niektórzy z pradziadków. Dzięki tym danym byłem w stanie ustalić poszczególne powiązania rodzinne. Wiedzę o mieszkańcach Łęk, którzy wyemigrowali za ocean, do Stanów Zjednoczonych, o ich rodzinach, czerpię przede wszystkim z różnych portali internetowych, które stanowią ważne źródło informacji dla genealogów. Oczywiście genealogia rodzinna to temat dla mnie stale niewyczerpany, wiem, że czegoś wciąż brakuje i warto byłoby to uzupełnić.

Właśnie Pana wiedza na temat emigracji z Łęk na przełomie XIX i XX wieku jest imponująca. Dzięki Panu dowiedziałam się dużo o rodzinie cioci mojej mamy, Katarzynie, która w 1898 roku wyemigrowała do Ameryki. Ale zawsze zastanawiałam się, dlaczego babcia mojej mamy, czyli moja prababcia, Regina z Więcków Głowina, otrzymywała od niej dolary przez rodzinę Pasterkiewiczów. Czy Pan to wyjaśni?

Działo się tak zapewne dlatego, że rodzina Pani mamy jest spokrewniona z Pasterkiewiczami. Bo siostra Pani prababci Reginy z Więcków, Maria, wyszła za mąż za Pasterkiewicza i aż dwóch jej synów wyjechało do USA.

???Nie wiedziałam o tym.

Ale nie wiem, czy Pani wie, że inny z kuzynów Pani babci, Paweł Gniady, urodzony 29 czerwca 1894 roku, który był synem Antoniego i Zofii z domu Więcek, a więc drugiej siostry Pani prababci Reginy, podobnie jak wspomniana Katarzyna i jej dwóch kuzynów Pasterkiewiczów – Wojciech i Paweł, też wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Z wymienionych osób tylko Wojciech Pasterkiewicz wrócił po pewnym czasie do kraju z żoną Marią z Wierdaków, również łęczanką, oraz ich dziećmi. Nie wiem, czy Pani może coś o Pawle Gniadym wiedziała czy słyszała?

Panie Pawle, ależ skąd. Słyszę o tym pierwszy raz.

Udało mi się odnaleźć kilka ważnych faktów z jego życia i jego rodziny, którą założył za oceanem. Wiem, że wsiadł w Bremie w Niemczech, na statek o nazwie Main i przypłynął 14 lutego 1910 roku do Nowego Jorku. Co ciekawe, tymże statkiem przypłynął również mój prapradziadek Szymon Krężałek, którego przezywano Brymik – zapewne od niemieckiego miasta Bremy, skąd udawał się statkiem do Ameryki. Dla Szymona Krężałka, jak udało mi się ustalić, był to drugi pobyt w Ameryce. Paweł osiadł natomiast na stałe w Chicago, ożenił się z niejaką Marią Wyszkowską, emigrantką z Polski. 29 czerwca 1926 roku otrzymał obywatelstwo amerykańskie, a jego żona została naturalizowana 19 kwietnia 1927 roku. Z tego co doszukałem się jeszcze, to mieli oni  sześcioro dzieci, w tym pięć córek. Mam o nich szczegółowe informacje.

No proszę, ile ciotek, wujków i kuzynów mojej babci i mamy wyjechało do USA. A ja pierwszy raz od Pana o nich słyszę. Co Pan zamierza zrobić z tą swoją wiedzą, Panie Pawle? Może rodzina owego Pawła Gniadego, o którego istnieniu nie miałam dotąd pojęcia, też poszukuje informacji o swoim pradziadku? Dzięki Panu możemy się łatwiej odnaleźć. Wykonał Pan ogromną pracę.

Bardzo dziękuję, chociaż zdaję sobie oczywiście sprawę, że ten temat nie do końca zgłębiłem. Historia emigracji mieszkańców Łęk Dukielskich, której główny kierunek stanowiły Stany Zjednoczone Ameryki, jest niewątpliwie interesująca. Nie udało mi się jeszcze ustalić chociażby dokładnej liczby osób, które np. do wybuchu II wojny światowej na stałe, bądź czasowo wyjechały zagranicę. Myślę, aby stworzyć swego rodzaju wykaz łęczan, którzy zdecydowali się na emigrację. Nie wiem jeszcze jaką formę przyjąłby, sądzę, że mógłby znaleźć się np. na stronie internetowej Koła Miłośników Historii Łęk Dukielskich.

To świetny pomysł. Na stronie Koła jest już zakładka „Emigracja”, stworzona z myślą o promocji Pana wyjątkowo bogatej wiedzy. Już może Pan publikować w niej swoje informacje, ale także zadawać pytania, na pewno wiele osób będzie mogło uzupełnić swoją wiedzę, ale i wzbogacić Pana informacje.

Tak, zwłaszcza że poza ogólnymi informacjami może dobrze byłoby ten wykaz uzupełnić fotografiami poszczególnych osób, o ile takie zachowały się do naszych czasów. Mógłby to być projekt nie raz zamknięty, ale stale rozwijający się, aby kolejne, nowe informacje można było w wykazie uzupełniać, ewentualnie korygować. Myślę, że w ten projekt i inne mogłyby włączyć się również inne zainteresowane osoby.

Zatem trzymam Pana za słowo i czekamy na pierwsze emigracyjne informacje. A na koniec zapytam Pana o Łęki z Pana dzieciństwa. Jak je Pan pamięta?

Odwiedzam Łęki Dukielskie od najwcześniejszych lat mojego życia, na początku z samymi rodzicami, później dołączył do nas mój młodszy brat. Każdego roku część moich letnich wakacji spędzałem właśnie w Łękach. Pamiętam z mojego wczesnego dzieciństwa, że nieraz przyjeżdżaliśmy do Łęk w sierpniu, kiedy przypadały żniwa i moi rodzice pomagali przy nich dziadkom, to jest rodzicom mojej mamy. Ja się temu wszystkiemu przyglądałem z wielkim zaciekawieniem. Ciekawiły mnie te różne prace w domu i na polu, jak żniwa, sianokosy, pieczenie chleba czy dojenie krów.

Paweł Kołacz Myszkowskie5

Przy kopie siana, 1988 rok. Z tatą Ryszardem i dziadkiem Janem Zborowskim.

Paweł Kołacz Myszkowskie3

Przy sianie, 1988 rok. Z dziadkiem Janem Zborowskim.

Obecnie życie w Łękach różni się dość znacząco od tego, które pamiętam jeszcze z końca lat osiemdziesiątych i początku lat dziewięćdziesiątych. Nie tak bardzo dawno jeszcze spotkać można było częściej krowy, konie, świnie czy kury. Czasy się oczywiście zmieniają, tym nie mniej Łęki Dukielskie nadal są dla mnie magicznym miejscem, które w jakiś sposób przyciąga. Urzeka mnie krajobraz, te przepiękne góry, przełęcze i rosnące wokół lasy. Może dlatego, że wiem, iż tu są moje korzenie rodzinne.

Wysłuchała Jolanta van Grieken-Barylanka

Jedna myśl nt. „Łęczanie: Paweł Kołacz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *